#1. Śnieżka

| 0 |

Są miejsca, do których trafiamy za późno

27

lip 2026

Są miejsca, do których człowiek trafia zdecydowanie później, niż powinien.

Dla mnie takimi miejscami okazały się Karkonosze.

Mam czterdzieści lat i dopiero tego lata po raz pierwszy ruszyłem na karkonoskie szlaki. Paradoksalnie przez ten czas zdążyłem przejść sporą część polskich Tatr, kilka razy odwiedzić Bieszczady, chodzić po ukochanej Kotlinie Kłodzkiej, a Śnieżka i jej okolice wciąż pozostawały białą plamą na mapie.

Na co dzień zajmuję się architekturą systemów IT w ochronie zdrowia. Diagramy, integracje, modele danych, spotkania, konsultacje i terminy. Lubię tę pracę, ale jak chyba każdy czasem łapię się na tym, że kolejne dni zaczynają wyglądać bardzo podobnie. Komputer, telefon, Teams, następny projekt. Człowiek niby cały czas coś tworzy, a jednocześnie coraz rzadziej ma okazję po prostu pobyć sam ze swoimi myślami.

Dlatego od czasu do czasu warto zamknąć laptopa i wyjść z domu.

Ten wyjazd miał jednak jeszcze jeden cel.

Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, chciałbym jeszcze w tym sezonie wejść na Rysy od strony polskiej, a później – jeśli pogoda i logistyka pozwolą – spróbować również Gerlacha. Śnieżka miała być czymś więcej niż kolejną wycieczką. Potraktowałem ją jako próbę generalną przed tymi planami.

Od kilku miesięcy regularnie ćwiczę na siłowni. Biegania jest u mnie znacznie mniej niż kiedyś, dlatego sam byłem ciekawy, jak organizm zareaguje na ponad dwadzieścia pięć kilometrów marszu i kilka godzin ciągłego podejścia. Nie chodziło o rekordy ani tempo. Chciałem po prostu sprawdzić siebie.

Ruszyłem spod świątyni Wang.

To jedno z tych miejsc, które od pierwszych minut narzucają własne tempo. Drewniany kościół, przeniesiony wiele lat temu z Norwegii, stoi u podnóża gór tak naturalnie, jakby zawsze tam był. Kilka minut później kończy się asfalt, zaczyna las i bardzo szybko ma się wrażenie, że codzienność została gdzieś daleko za plecami.

Plan był prosty.

Żółtym szlakiem przez Polanę, Pielgrzymy i Słonecznik, dalej w stronę Kotła Wielkiego Stawu, następnie Dom Śląski, Śnieżka, a na koniec powrót Drogą Jubileuszową obok Strzechy Akademickiej i Małego Stawu.

Łącznie ponad dwadzieścia pięć kilometrów.

Początek był niemal idealny.

Las dawał przyjemny cień, temperatura sprzyjała marszowi, a szlak spokojnie piął się do góry. Nie było tłumów, nie było pośpiechu. Po raz pierwszy od dawna nigdzie nie musiałem zdążyć.

Pierwszym miejscem, które naprawdę zatrzymało mnie na dłużej, byli Pielgrzymi.

Kilka ogromnych granitowych skał wyrastających ponad las. Z daleka wyglądają niepozornie, ale kiedy staje się tuż obok nich, robią ogromne wrażenie. To jedno z tych miejsc, gdzie odruchowo siada się na chwilę, nawet jeśli plan zakłada dalszy marsz. Nie dlatego, że brakuje sił. Po prostu szkoda przejść obok nich obojętnie.

Im wyżej wychodziłem, tym bardziej zmieniał się krajobraz. Drzew było coraz mniej, pojawiały się pierwsze szerokie panoramy, a okolice Słonecznika dawały już poczucie, że góry naprawdę zaczynają pokazywać swój charakter.

I właśnie wtedy pogoda postanowiła przypomnieć, kto tutaj podejmuje ostateczne decyzje.

Prognozy zapowiadały deszcz, ale długo nic na to nie wskazywało. Kiedy pierwsze krople zaczęły spadać, pomyślałem, że to pewnie krótki przelotny opad.

Kilka minut później lało już naprawdę porządnie.

Góry bardzo szybko uczą pokory

Deszcz ma w górach tę przewagę, że nie pyta o zgodę.

Najpierw są pojedyncze krople. Człowiek jeszcze udaje, że nic się nie dzieje. Zapina kurtkę, zakłada kaptur i idzie dalej z przekonaniem, że za chwilę przejdzie.

Tym razem nie przeszło.

Jeszcze przed Pielgrzymami lało już naprawdę solidnie. Po kilku minutach do deszczu dołączył wiatr. Taki, który wciska krople pod kaptur, odbiera ciepło i szybko uświadamia, że określenie „kurtka wodoodporna” ma swoje granice.

Z każdą kolejną minutą ubrania stawały się cięższe, buty coraz bardziej mokre, a szlak coraz mniej przypominał ten z pocztówek, które ogląda się przed wyjazdem.

Paradoksalnie właśnie wtedy zacząłem cieszyć się tą wyprawą najbardziej.

W internecie pełno jest zdjęć gór skąpanych w słońcu. Idealne światło, błękitne niebo, widoczność na kilkadziesiąt kilometrów. Takie dni są piękne, ale trochę przewidywalne.

Tymczasem góry pokazują swój prawdziwy charakter właśnie wtedy, gdy pogoda zaczyna rozdawać karty.

Im wyżej wychodziłem, tym bardziej zmieniał się krajobraz. Las został daleko za mną. Otwarta przestrzeń, niskie kosodrzewiny, granitowe skały i coraz silniejszy wiatr sprawiały, że każdy kolejny kilometr wymagał coraz większej uwagi.

Przy Słoneczniku zatrzymałem się tylko na chwilę. W normalnych warunkach można spędzić tam dłuższą chwilę, patrząc na rozległe panoramy Karkonoszy. Tego dnia widoki pojawiały się i znikały w ciągu kilku sekund. Mgła raz odsłaniała doliny, by za moment znowu wszystko przykryć mlecznobiałą ścianą.

To było trochę jak oglądanie gór przez uchylające się na chwilę drzwi.

Największe wrażenie zrobił na mnie jednak Kocioł Wielkiego Stawu.

Nawet w deszczu i mgle wygląda monumentalnie. Stojąc na jego krawędzi, trudno uwierzyć, że jeszcze kilkanaście minut wcześniej szło się spokojnym leśnym szlakiem. Nagle krajobraz staje się surowy, niemal alpejski. Człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego Karkonoszy nie warto lekceważyć tylko dlatego, że nie należą do najwyższych gór w Polsce.

Tutaj wysokość nie zawsze jest najważniejsza.

Znacznie większe znaczenie ma pogoda.

Ostatni odcinek do Domu Śląskiego pokonywałem już praktycznie w chmurach. Widoczność momentami spadała do kilkudziesięciu metrów. Na grani nie walczy się wtedy z dystansem ani przewyższeniem. Walczy się z wiatrem, deszczem i własnym zniecierpliwieniem.

Idzie się od jednego słupka do drugiego.

Od jednego zakrętu do następnego.

Coraz mniej myśli się o tym, ile jeszcze zostało do końca.

Liczy się tylko kolejny krok.

I właśnie wtedy zrozumiałem coś, co od dawna próbowałem znaleźć poza górami.

Od ponad godziny ani razu nie pomyślałem o pracy.

Nie zastanawiałem się nad projektami. Nie układałem w głowie odpowiedzi na maile. Nie analizowałem kolejnych spotkań ani terminów. Telefon spoczywał głęboko w plecaku i po raz pierwszy od dawna nie miałem najmniejszej potrzeby, żeby po niego sięgnąć.

Góry potrafią zrobić coś, z czym często nie radzi sobie nawet kilkutygodniowy urlop.

Zmuszają do bycia dokładnie tam, gdzie jesteś.

Nie dlatego, że taka jest filozofia życia.

Po prostu dlatego, że jeśli przestaniesz uważać, bardzo szybko ci o tym przypomną.

Kiedy dotarłem pod kopułę Śnieżki, stało się coś, czego kompletnie się nie spodziewałem.

Jakby góra uznała, że wystarczy już tego sprawdzianu.

Deszcz zaczął słabnąć. Wiatr nadal mocno wiał, ale chmury zaczęły się rozrywać. Z każdą minutą pojawiało się coraz więcej światła, a po chwili przede mną otworzyły się widoki, których jeszcze kilkanaście minut wcześniej nie było widać wcale.

Nie wiem, czy to był przypadek.

Wiem tylko, że dzięki temu Śnieżka pokazała mi swoje dwa zupełnie różne oblicza.

Najpierw surowe i nieprzystępne.

A chwilę później spokojne, niemal gościnne.

I chyba właśnie dlatego ten dzień zapamiętam na długo.

Myśl, której nie planowałem

Powrót zaplanowałem Drogą Jubileuszową.

Po kilku godzinach marszu był to zupełnie inny świat niż ten, z którym mierzyłem się jeszcze chwilę wcześniej na grani. Szlak spokojnie trawersuje zbocze Śnieżki, prowadząc z widokiem na Kocioł Małego Stawu. Co chwilę pomiędzy chmurami pojawiały się kolejne fragmenty krajobrazu, jakby góry na koniec chciały wynagrodzić wcześniejszą ulewę.

Po drodze minąłem Strzechę Akademicką i Samotnię – schronisko położone tuż nad Małym Stawem, które od lat pojawia się na zdjęciach z Karkonoszy. W rzeczywistości robi jeszcze większe wrażenie niż na fotografiach. Trudno się dziwić, że dla wielu osób to właśnie ono jest symbolem tych gór.

Schodząc w dół, czułem już zmęczenie. Nogi dawały znać o sobie przy każdym dłuższym zejściu, buty od dawna były mokre, ale głowa… głowa była wyjątkowo spokojna.

I właśnie wtedy wydarzyło się coś, czego kompletnie nie planowałem.

Pomyślałem:

„A może Korona Europy?”

Nie dlatego, że zobaczyłem jakiś film.

Nie dlatego, że przeczytałem artykuł.

Nie dlatego, że ktoś mnie do tego namawiał.

Ta myśl po prostu pojawiła się sama.

Kilka godzin wcześniej, jadąc samochodem do Karpacza, słuchałem audiobooka „Alchemik” Paulo Coelho. To jedna z tych książek, do których jedni podchodzą z dużym dystansem, a inni wracają po latach i odkrywają je na nowo. Jest w niej zdanie, które szczególnie zapadło mi w pamięć – że kiedy człowiek odnajdzie coś, co naprawdę go pociąga, warto mieć odwagę za tym pójść. Nie dlatego, że zna zakończenie tej historii, ale dlatego, że sama droga zaczyna go zmieniać.

Wtedy potraktowałem to po prostu jako ciekawą myśl.

Dopiero kilka godzin później wróciła do mnie na karkonoskim szlaku.

Korona Europy nagle przestała kojarzyć mi się z listą czterdziestu siedmiu szczytów do odhaczenia. Nie widziałem już tabelki w Excelu ani kolejnych punktów do zaliczenia.

Zacząłem myśleć o niej zupełnie inaczej.

Jak o kierunku.

O czymś, co może towarzyszyć człowiekowi przez wiele lat.

Przecież nigdzie mi się nie spieszy.

Mam pracę, rodzinę, żonę, dwie córki, dom, obowiązki i dziesiątki spraw, które każdego dnia konkurują o uwagę. Nie chcę uciekać od tego świata. Wręcz przeciwnie – to właśnie on jest moją codziennością.

Dlatego coraz bardziej podoba mi się myśl, że góry nie muszą być od niej oderwane.

Jeden szczyt w tym roku.

Kolejny może za rok.

Następny dwa lata później.

Bez presji. Bez ścigania się z kalendarzem. Bez poczucia, że jeśli czegoś nie zrobię w tym sezonie, to już przegrałem.

To trochę przypomina projekty, przy których pracuję na co dzień.

Kiedy rozpoczyna się duże przedsięwzięcie informatyczne, nikt rozsądny nie oczekuje, że wszystko powstanie w kilka tygodni. Najpierw pojawia się pomysł. Potem architektura. Później pierwszy działający moduł. Następne integracje. Kolejne funkcjonalności.

Każdy etap wydaje się niewielki.

Dopiero po kilku latach człowiek odwraca się za siebie i widzi, jak ogromny kawał pracy został wykonany.

Pomyślałem wtedy, że z górami może być dokładnie tak samo.

Nie chodzi o to, żeby jak najszybciej zdobyć wszystkie szczyty.

Chodzi o to, żeby po latach mieć za sobą dziesiątki historii, ludzi, miejsc i wspomnień, których inaczej nigdy by się nie przeżyło.

I chyba właśnie w tym momencie zrozumiałem, dlaczego coraz bardziej ciągnie mnie w góry.

Nie dla wysokości.

Nie dla zdjęcia na szczycie.

Nie po to, żeby komuś coś udowodnić.

Tylko dlatego, że od dawna nie znalazłem drugiego miejsca, które równie skutecznie porządkuje myśli.

To dopiero początek

Po powrocie do samochodu zrobiłem coś, co robi chyba każdy, kto używa sportowego zegarka.

Spojrzałem na statystyki.

Ponad 25 kilometrów.

Ponad 6 godzin marszu.

Blisko 3000 spalonych kilokalorii.

Jeszcze kilka miesięcy temu pewnie właśnie na tym skończyłbym podsumowanie wyjazdu. Dystans, przewyższenia, czas. Liczby zawsze dobrze wyglądają na wykresach. Zresztą, tutaj, w porównaniu do gór wysokich to żaden wielki wyczyn. Fakt, że poprzedni sezon zakończyłem w sierpniu ale przewyższenia ponad 1500 m brzmią groźniej przy takim dystansie. Tutaj raptem 600-700.

Tym razem miały jednak najmniejsze znaczenie.

Od początku jechałem w Karkonosze z jednym prostym pytaniem.

Czy przy moim obecnym treningu dam sobie radę na dłuższej, wymagającej trasie?

Od kilku miesięcy regularnie ćwiczę na siłowni. Siła rośnie, ale biegania jest zdecydowanie mniej niż kiedyś. Zastanawiałem się więc, czy organizm wytrzyma kilka godzin nieprzerwanego marszu, podejść i zejść.

Odpowiedź dostałem szybciej, niż się spodziewałem.

Wróciłem zmęczony, przemoczony i z bolącymi nogami, ale nie wyczerpany. Następnego dnia czułem mięśnie, kolana przypominały o długim zejściu, a stopy miały dość mokrych butów, jednak najważniejszy był spokój, który pojawił się w głowie.

Forma jest.

I chyba lepsza, niż sam zakładałem.

To oznacza, że Rysy przestają być planem z kategorii „może kiedyś”. Jeśli pogoda dopisze, a uda się wszystko pogodzić z życiem rodzinnym i zawodowym, chciałbym jeszcze w tym sezonie stanąć na ich szczycie.

Tatry nie są dla mnie zupełnie nowym światem. Przez ostatnie lata zdążyłem przejść sporą część szlaków po polskiej stronie. Mam za sobą Orlą Perć, Świnicę, Kościelec i wiele innych tras, które nauczyły mnie szacunku do tych gór. Rysy od dawna czekały na swoją kolej. Po Karkonoszach mam wrażenie, że ten moment po prostu nadszedł.

Jeśli wszystko dobrze się ułoży, kolejnym krokiem będzie Gerlach. To już zupełnie inna historia – wejście z przewodnikiem, najwyższy szczyt Tatr i nowe doświadczenie. Nie traktuję go jednak jako celu samego w sobie. Raczej jako kolejny etap drogi, która dopiero zaczyna się przede mną.

Kiedy wracam myślami do tego dnia, najmniej pamiętam liczby.

Znacznie wyraźniej wraca zapach mokrego lasu pod Wangiem.

Granitowe skały Pielgrzymów.

Widok spod Słonecznika, który raz pojawiał się zza chmur, a chwilę później znowu znikał.

Potężny Kocioł Wielkiego Stawu.

Wiatr na grani próbujący zatrzymać każdy kolejny krok.

I ten moment na Śnieżce, kiedy po kilku godzinach deszczu chmury nagle zaczęły się rozstępować, jakby góra chciała na koniec pokazać jeszcze swoje spokojniejsze oblicze.

Mam wrażenie, że właśnie takie dni zostają z człowiekiem najdłużej.

Nie dlatego, że wszystko poszło zgodnie z planem.

Wręcz przeciwnie.

To właśnie deszcz, wiatr i zmęczenie sprawiły, że ta wyprawa była prawdziwa.

Czy rzeczywiście kiedyś zdobędę Koronę Europy?

Nie wiem.

Być może za kilka lat będę opisywał tutaj kolejne szczyty.

A być może życie napisze zupełnie inny scenariusz.

I chyba pierwszy raz naprawdę mi to nie przeszkadza.

Bo z Karkonoszy przywiozłem coś znacznie cenniejszego niż zdjęcia i zapis z zegarka.

Przywiozłem przekonanie, że nie trzeba rzucać wszystkiego, żeby realizować swoje marzenia. Czasem wystarczy zrobić pierwszy krok. Potem następny. A później po prostu iść dalej, swoim tempem.

Dokładnie tak, jak na górskim szlaku.


Komentarze (0):

Dodaj komentarz